poniedziałek, października 08, 2018

Kopenhaga na weekend? Bardzo na tak!


Kopenhaga budzi grozę. Kiedy statystyczny Kowalski myśli o wyjeździe na weekend do Kopenhagi, przed jego oczami jawią się obrazy rodem z apokaliptycznego końca świata: Puste konto bankowe, spanie pod mostem, grzebanie po śmietnikach w poszukiwaniu jedzenia i przyklejanie nosa do  wystaw sklepowych, z nadzieją, że jakiś litościwy Duńczyk rzuci suchą bułkę pod nogi. Co najczęściej słyszy się o stolicy Danii? Że jest droga. Że jest poza zasięgiem finansowym zwykłych śmiertelników. Że odziera turystę z pieniędzy i podróżniczej godności. Czy tak jest naprawdę? Nie jest tu tanio, to ten smutny fakt. Ale fakt radosny jest taki, że niesamowita atmosfera miasta, uśmiechnięci, pomocni ludzie i cudowne przestrzenie miejskie warte są KAŻDEJ wydanej tu korony. Jak już zdecydujecie się na weekend w Kopenhadze to dajcie się ponieść miastu i nie przeliczajcie wydatków na złotówki! Bo jak odkryjecie, że bilet na jednorazowy przejazd komunikacją miejską kosztuje tyle, co u nas tygodniowy, a obiad w knajpie to czasem równowartość sobotnich zakupów w osiedlowym sklepie -stracicie cały urok podróżowania. A tak się składa, że urok to słowo klucz w Kopenhadze! 

Kiedy mówię Kopenhaga myślę....



Rower- Zwiedzanie Kopenhagi na rowerze to najlepszy pomysł aby poznać miasto od podszewki! Nie od dziś wiadomo, że jazda rowerem wyostrza zmysły. Człowiek zwraca uwagę na detale i miejsca, które często uciekają podczas podróży samochodem lub tramwajem. Kopenhaga ma tak doskonale rozwiniętą sieć dróg rowerowych, że zwiedzanie jej na nogach albo miejską komunikacją jest pomysłem totalnie bezsensowym. Wiedzą o tym wszyscy, bo stolica Danii uważana jest za najbardziej przyjazne dla rowerzystów miasto na świecie! Wskakujcie więc na rower i poczujcie kopenhaski wiatr we włosach! Nogi same poniosą was w najciekawsze zakamarki miasta. Odkryjecie dzięki temu fajne podwórka ukryte między budynkami, klimatyczne knajpki i jeszcze bardziej urokliwe antykwariaty. Nie lubicie jeździć na rowerze? Ja też nie przepadam, ale w Kopenhadze moja niechęć zniknęła wraz z pierwszą przypadkową uliczką, w którą wjechałam na rowerze. Powiadam wam prosto z serca- spróbujcie, a będziecie zachwyceni!









Hans Christian Andersen- Baśnie tego duńskiego pisarza kształtowały dziecięcą wyobraźnię chyba każdego z nas. Czytane przez rodziców do snu przenosiły nas w świat fantazji i uczyły rozumieć świat. Andersen pisał, że "życie każdego człowieka jest baśnią napisaną przez Boga". Kiedy przyjechałam do Kopenhagi koniecznie chciałam znaleźć miejsca, w których pisała się jego własna baśń. I tak zawędrowałam najpierw do Nyham- pocztówkowego portu Kopenhagi, gdzie Andersen mieszkał w kolorowych kamienicach. Poszukaj numerów 20, 67 i 18 - tam właśnie pisał swoje baśnie. Potem odwiedziłam najstarszy hotel na Północy Europy, w którym Andersen zajmował małe mieszkanie na poddaszu. Zaraz obok znajduje się słynny Magasin du Nord, w którym również pomieszkiwał. Wdrapałam się także na Okrągłą Wieżę. Widać z niej bibliotekę w której pracował. Nie ominęłam też rzeźby Syrenki, w porcie której autor- Edvard Eriksen zainspirował się najsłynniejszą bajką Andersena. Na końcu poszłam na cmentarz, na którym znalazłam niepozorny grób pisarza. Pomyślałam wtedy o tym, co kiedyś napisał. Wtedy nie wiedział jeszcze, jak wielki wkład będzie miał w kulturę świata. "Bo nie ma śmierci; co żyło, żyć będzie".






Hipisi- Wolne Miasto Christiania to miejsce, w którym miał istnieć świat idealny. Wszyscy mieli być wolni i równi wobec prawa, natury oraz ludzi. Christiania pojawiła się na mapie Kopenhagi w 1971 roku. Dawne tereny wojskowe zostały nielegalnie zasiedlone przez grupy hippisów oraz artystów. Przez jakiś czas wojsko próbowało odzyskać swoje ziemie, ale ostatecznie pomysł ten zarzucono i tak w 1989 roku osiedle formalnie uzyskało swoje prawa. W centrum Kopenhagi powstało więc odrębne, kolorowe miasto, gdzie ludzie mogli legalnie hodować miękkie narkotyki, wytwarzać alkohol i żyć zgodnie z rytmem natury. Jak jest dzisiaj? Przechadzając się po tej dość przygnębiającej dzielnicy miałam wrażenie, że Christiania padła ofiarą własnych ideałów. Narkotykowy biznes sprawił, że w tym mini mieście zaczęli pojawiać się dość szemrani dilerzy, narkomani szukający schronienia przed odwykami, a powszechna atmosfera równości i braterstwa spowodowała, że wszystko należy do wszystkich, czyli jest niczyje. A skoro niczyje, to zaniedbane. Niszczejące budynki, dość ekscentryczni mieszkańcy, agresywni dilerzy i zakamarki pełne niepokojących dziwaków w narkotyczno- alkoholowym transie. Czułam się tam bardzo nieswojo i po opuszczeniu Christianii miałam nieodparte wrażenie, że gdyby nie pieniądze płynące z narkotyków, Wolne Miasto zostało by sklasyfikowane jako slumsy i zapomniane przez świat, który lubi odwracać wzrok od niewygodnych obrazków.












Duński design- Skandynawski design ma w sobie iście magnetycznego. Nie umiem tego określić, ani nazwać. Doprawdy nie mam pojęcia, jak na Północy to robią, ale nawet niepozorny, skandynawski imbryk do herbaty staje się obiektem pożądania. Duńczycy łączą prostotę, jakość i funkcjonalność w taki sposób, że człowiek wpada w zachwyt nad zwykłymi gratami i bibelotami. Mnie totalnie urzekły antykwariaty, odjechane targi staroci i małe pracownie rzemieślnicze, gdzie odkrywałam rzeczy przedziwne, ale fascynujące. Na przykład taka pracownia, w której pewna sympatyczna Dunka urywała wszystkie członki lalkom, robiąc z nich biżuterię. Na pytanie: dlaczego akurat lalki?, z  rozbrajającym uśmiechem odpowiedziała, że ma do nich ogromną sympatię. W tym samym momencie zajęta była urwaniem głowy małej laleczce bez oczu, która wyglądała jak żywcem wyjęta z horroru. Klimat tego miejsca był tak absurdalny, że nawet miałam ochotę kupić sobie naszyjnik z głową lalki Barbie, ale na szczęście cena mnie otrzeźwiła. Poszwendajcie się po takich miejscach, zaglądajcie do okien pracowni, zagadajcie sprzedawcę, bo to czystą esencją miasta są ludzie i ich historie.










Jedzenie- Co warto zjeść w Kopenhadze i nie zbankrutować? Odpowiedź jest tylko jedna - uliczne jedzenie! Streetfood w Kopenhadze ma się całkiem zacnie. I wbrew rozgłaszanym opiniom, nie jest aż tak bardzo drogi. Dobrego burgera, słynne kiełbę z budy czy kultowe kanapki Smørrebrød zjecie w tym mieście, w miejscach niezwykłych! Możecie podjechać do kompleksu starych rzeźni i mięsnego przetwórstwa Warpigs, albo do Reffen- foodparku, który w całości zbudowany jest z nieużywanych kontenerów, z pięknym widokiem na Kopenhagę. Po wspomniane wyżej topowe duńskie kanapki na razowym chlebie tzw: Smørrebrød warto wybrać się na rowerze do dzielnic oddalonych od centrum. W małych i osiedlowych lokalach ceny są całkiem przyzwoite a kanapki smakują o niebo lepiej! Podczas rowerowego przemierzania miasta, zupełnie przypadkiem trafiłam na fajny, osiedlowy lokal, w którym zjadłam za naprawdę rozsądną cenę duński przysmak Flæskesteg sandwich czyli kanapkę z wieprzową pieczenią. Kanapka charakteryzuje się grubą skórą  na świńskiej pieczeni i pysznymi skwarkami. Omnomnomnom! A co jeśli zacznie wam brakować koron w portfelu? Gęsto rozsiana po mieście sieć sklepów Netto przychodzi z pomocą. Nie bójcie się- Kopenhaga nie da wam umrzeć z głodu!










Miejskie Przestrzenie- Kopenhażanie lubują się w harmonii. Wszystkie przestrzenie w mieście są skrojone na miarę potrzeb każdego mieszkańca. Place zabaw dla dzieci nie tylko uczą i bawią ale zaprojektowane są w duchu nowoczesnego (a jakże!) duńskiego dizajnu. Przemierzając Kopenhagę na rowerze można zauważyć, że każda dzielnica ma swój mini plac, na którym usytuowane są klimatyczne kawiarnie i knajpki, gdzie mieszkańcy nieśpiesznie piją kawą i czytają gazety. Plaże przy kanałach oblewających Kopenhagę oblegane są popołudniami przez Kopenhażan, którzy lubią zjeść lunchu na świeżym powietrzu, wypić trochę procentów lub popływać. Cmentarze miejskie są tak zaprojektowane, że ludzie urządzają na nich pikniki rodzinne! Oprócz tego, że wszyscy tu jeżdżą na rowerze, to jeszcze niemal wszyscy biegają i ćwiczą. Jak nietrudno zgadnąć- Kopenhaga zadbała i o ten aspekt podczas tworzenia planu zagospodarowania przestrzennego. Parki miejskie to dobrze zaaranżowany raj dla dbających o sylwetkę. Znajdziecie tutaj nie tylko siłowanie na świeżym powietrzu ale fajne ścieżki do biegania i placyki, na których można się nauczyć tańczyć. Podczas pobytu w Kopenhadze zapragnęłam być szczupła, Bóg mi świadkiem! Patrząc na tych wszystkich spoconych i wyrzeźbionych panów bez koszulek, chciałam być taka jak oni! Ponieważ nie spakowałam do plecaka dresów, toteż zajęcia męskiego crossfitu, w samym sercu dzielnicy antykwariatów oglądałam z boku. Ale za to pełna pasji i uwielbienia dla  reszty uczestników!











Hygge- To niewinne duńskie słówko jak burza przeleciało przez świat, okrążyło Ziemię i wyznaczyło nowy trend w odnajdywaniu siebie. Nawet Paulo Coelho lepiej by tego nie wymyślił. Jak wygląda uprawianie Hygge w praktyce? Bardzo prosto! Przepis poniżej dotyczy jednej osoby, bo ta duńska filizofia to przede wszystkim akceptacja siebie jako niezależnego bytu! Zatem leżysz, czytasz książkę, zapalasz sobie świeczkę zapachową, otulasz się kocem i afirmujesz. Zjadasz do tego cynamonową bułeczkę (koniecznie gluten-free), popijasz ciepłym mlekiem (ale takim bez laktozy) i zakładasz fikuśne wełniane skarpetki, które muszą korespondować z równie fikuśną piżamą, uprzednio nabytą w sklepie z organiczną bawełną. Jeśli takie Hygge do ciebie nie przemawia, proponuję autorską wersję. Kup sobie najtańsze piwo w puszce, spakuj do plecaka rozpaćkaną kanapkę z jajkiem, a następnie udaj się rowerem nad wodę. Tam, wśród imigranckiej młodzieży palącej dziwne wynalazki, wrzeszczących dzieciaków i bezdomnych kolekcjonujących puszki spróbuj rozłożyć koc, jednocześnie odganiając osę, która chce wlecieć ci do gęby. Nie wiem jak wy, ale nieskromnie uważam, że właśnie o takim hygge powinni pisać w gazetach. Bo jak mawia moja najlepsza kopenhaska przewodniczka Pati- hygge się naku*wia, a nie opowiada o nim!




Piwo- Tak, jak Amsterdam ma swojego Heinekena, tak Kopenhaga Carlsbergiem stoi. Carlsberg Group to jedno z największych przedsiębiorstw piwowarskich na świecie. Kompleks udostępniony do zwiedzania to spora przestrzeń wystawiennicza, w której możemy poznać historię firmy, sposoby warzenia piwa, policzyć kolekcjonerskie butelki piw z całego świata, a także pogłaskać żywego konia:) W cenę biletu wliczona jest degustacja piwa. Warto też powłóczyć się trochę poza budynkiem samego muzeum, bo cały obszar browaru jest niezwykle interesujący architektonicznie. Podczas mojego pobytu kompleks przechodził gruntowny remont, gdyż będzie tam budowane nowe centrum konferencyjne. Oby tylko nie zeszpeciło krajobrazu, bo nowoczesne budynki pasują tam jak świni siodło!






Woda- Kopenhagę warto zobaczyć nie tylko z siedziska roweru, ale również od strony wody. W tym celu należy wyciągnąć kilka koron z portfela na taksówkę wodną. Można też grupowo wynająć łódkę i wypłynąć na któryś z kopenhaskich kanałów. Na trasie bywa ciasno i tłoczno, ale taki sposób patrzenia na miasto jest doskonały! Z perspektywy wilka morskiego Kopenhaga wygląda baśniowo, Słowo daję, nawet woda płynie tutaj przyjaźnie i w trybie totalnego slow motion. Aktywność to konieczna i wielce zalecana podczas wizyty w Kopenhadze!










Kartofel- Czy ziemniak może być inspiracją do stworzenia dzielnicy? A i owszem! Dzielnica kartoflana czyli Kartoffelrækkerne to jedno z bardziej urokliwych miejsc w Kopenhadze. Całość dzielnicy składa się z rzędu 480 uroczych, miejskich domów. Kiedyś służyły za mieszkania socjalne dla robotników z istniejących w pobliżu plantacji ziemniaków. Domy ciasno przylegające do siebie,  z niemal identyczną fasadą i biegnącą pośrodku ulicą, wyglądały jak rzędy ziemniaków na plantacji. Warunki do życia były tu fatalne. W jednym domu mieszkały dwie- trzy rodziny i w pewnym momencie dzielnica zaczęła przypominać slumsy. Powstał plan wyburzenia tych domów, ale mieszkańcy tłumnie ruszyli do walki o swoje i jak to w harmonijnej Kopenhadze bywa- wszystko zostało ustalone się w pokojowych negocjacjach i przy zaangażowanej, obopólnej współpracy. Domy zyskały wartość zabytkową, gruntownie je wyremontowano i dzisiaj tworzą dość hipsterską, acz swojską przestrzeń na mapie miasta. Warto zboczyć tu na chwilę podczas rowerowego zwiedzania miasta. Na kartoflanej dzielnicy znajdziecie odpowiedź na pytanie, dlaczego Duńczycy są tacy przyjaźni? A no z uwagi na niewielkie rozmiary miasta i zabudowań, szybko musieli nauczyć się żyć w zgodzie i przyjaźni z sąsiadami. I tak im chyba zostało:) Jak jeszcze dołożycie do tego ideę slow food i slow life wyjdzie wam idealne miejsce na weekend!





Copyright © 2016 W 10 inspiracji dookoła świata , Blogger