czwartek, kwietnia 07, 2016

Rzymskie wakacje


Mówi się, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. Powiedzenie to spłynęło na mnie niczym objawienie, w momencie wędrówek po własnych, dość wyboistych ścieżkach życia. Rozpaczliwie szukałam miejsca, w którym z dala od wszystkiego mogłabym poukładać sobie  klocki w głowie i wygonić stare duchy z szafy. I tak oto wybór padł na Rzym. Skoro Audrey Hepburn odnalazła tam szczęście i sens istnienia to heloł! Wymęczyłam u szefa urlop, kupiłam bilety i ruszyłam na samotny podbój Wiecznego Miasta. Rzym ma działanie lecznicze. Wręcz cudotwórcze. Niczym Anatolij Kaszpirowski hipnotyzuje i uzdrawia. Usuwa lęki i niepokoje z serca, wymazuje stracone nadzieje i wyrzuca do kosza wszelkie smutki. Za pomocą czarodziejskiej różdżki robi miejsce na nowe zachwyty w życiu. Wędrówka po Rzymie to ten  przysłowiowy pociąg, który ze złej stacji zabiera cię na dobrą, fundując po drodze tysiące magicznych momentów. Niesamowicie przyjemnym uczuciem jest fakt, że spacerujesz i na nowo odradzasz się w mieście, gdzie przed wiekami narodziła się cywilizacja Europy.


Rzym - Wieczne miasto, które od razu pokochasz! 



Zatybrze- Trastevere- Kiedyś ta dzielnica słynęła z rolnictwa i hodowli bydła. Rzymski Tyber dzielił miasto na dwie części i tak się złożyło, że Trastevere dojrzewało powoli w cieniu swojego prawostronnego brata. Sytuacja zmieniła się, kiedy pobliskie wzgórza Kapitolu, Palatynu czy Awentynu zaczęły się prężnie rozwijać. Zatybrze zaczęło służyć jako "zaplecze" usługowe miasta. Swoje pracowanie i sklepy zaczęli przenosić tutaj rzemieślnicy, a wkrótce pojawili się też artyści. Trastevere jest dzisiaj najbardziej kolorową i najmodniejszą dzielnicą miasta. W dobrym tonie jest tutaj jadać, spotykać się ze znajomymi, a już super-hiper-hipstersko jest mieć tu mieszkanie bądź biuro. Na Zatybrze wybrałam się w godzinach mocno przedpołudniowych, aby zobaczyć jak dzielnica budzi się i przygotowuje do nocnego życia. Chodziłam po pustawych jeszcze ciasnych uliczkach, które ukrywały maleńkie place i podwórka, gdzie z okien zwisały sznury prania, kawiarniane stoliki torowały mi przejście, a sklepikarze pracowali w pocie czoła. W powietrzu unosił się zapach pieczonego chleba, ktoś nieopodal mnie krzyczał w typowo włoskim stylu do kolegi z okna, a dwie urocze staruszki zawzięcie o czymś dyskutowały na środku placu obok Bazyliki Santa Maria in Trastevere. Ponieważ niezmiennie od lat jestem zakochana w takich klimatach, Zatybrze trafiło na listę moich naj "ciasno-wąsko-uliczkowych" dzielnic. 







Campo de' Fiori- O specyficznym klimacie Campo de' Fiori przeczytałam w książce autorstwa Rosity Steenbeek "W Rzymie jak w domu". Zachwyciły mnie opisy kolorowych straganów warzywnych, pachnące stoiska kwiatowe, leniwe życie przy filiżance kawy i lekturze gazety. Steeneek pisała, że nawet kupowanie pasty do zębów lub chleba jest w takim otoczeniu przeżyciem. Miała absolutną rację ! Campo de' Fiori to zaraz obok Trastevere dzielnica, w której życie toczy się w wąskich uliczkach. Rano dzielnica zamienia się w wielki targ warzywno-owocowo- kwiatowy, a wieczorem jest świadkiem gastronomicznych wędrówek ludu. Nad wszystkim czuwa trochę demoniczny pomnik mnicha Girordana Bruna, którego spalono tutaj w 1600 roku za herezję i poparcie heliocentrycznej teorii wszechświata. Błądząc po uliczkach, natrafiłam na szyld restauracji, który wydawał mi się dziwnie znajomy. Kiedy dotarło do mnie, że to właśnie tutaj Rosita Steenbeek od czasu do czasu się stołuje- wiadomka, że musiałam zjeść i ja! Niestety właścicielka obsługująca nasz stolik nie była miła i cudowna jak dla autorki książki. Ni stąd ni zowąd rozpętała się prawdziwa włoska awantura, między moimi hostelowymi znajomymi, a nią, której świadkiem była cała restauracja. Ponieważ należę do osób ugodowych, próbowałam uspokoić to moje koleżanki, to właścicielkę, ale z marnym skutkiem. Dopiero jak delikatnie zahaczyłam temat, że czytałam o nich w książce Pani Rosity, właścicielka lekko złagodniała, a potem nawet się uściskałyśmy....Morał z tego taki, że w książkach też czasem kłamią :D






Watykan- Leżące w samym sercu Rzymu, niezależne od Włoch najmniejsze państwo świata to centrum dowodzenia Kościoła Katolickiego. I nieważne czy jest się wierzącym czy nie- to zajmujące zaledwie 0,44 km 2 państwo nikogo nie pozostawia obojętnym. Posiada odrębne media, własną stację kolejową, pocztę i może wydawać własne monety, a nad bezpieczeństwem czuwa Gwardia Szwajcarska. Centrum Watykanu to Bazylika i Plac św. Piotra. Nad wyglądem placu i bazyliki pracowali najwięksi mistrzowie naszej cywilizacji- Michał Anioł, Rafael Santi, Giovanni Lorenzo Bernini czy Donato Bramante. Na Watykan należy poświęcić cały dzień. Bazylika św Piotra to największa świątynia na świecie. Z zewnątrz niepozorna, w środku imponując wielkością i rozmachem. Zmieści się tutaj ponad 50 tysięcy ludzi! Wewnątrz można dostać zawrotu głowy od ilości kolumn, ołtarzy , posągów, zdobień i bogactwa. Jeszcze nic nigdy nie zrobiło na mnie takiego wrażenia, jak wnętrze Bazyliki. Potem znalazłam się w Muzeach Watykańskich i Kaplicy Sykstyńskiej i stwierdziłam, że jednak mało widziałam w życiu. Nie jestem ani specjalnie wierząca, ani nie znam się wybitnie na sztuce, ale słowo daję...jeden dzień w Watykanie sprawił, że poczułam się jakbym obcowałam z pięknem absolutnym. Byłam i nadal jestem pod ogromnym wrażeniem misternej pracy ludzkich rąk i niebywałego talentu. Byłabym zachwycona jeszcze bardziej, gdyby nie fakt, że przez własną naiwność dałam się zrobić na 20 EUR. Taka moja dobra rada! Zanim zdecydujecie się na omijanie rzekomo gigantycznych kolejek do Muzeum z jakimś "życzliwym przewodnikiem" (których tam pełno!) upewnijcie się, czy te kolejki na pewno są. Ja wraz z moimi koleżankami, oraz grupą równie nieświadomych podstępu ludzi, nie upewniliśmy się. Dzięki temu przemiła Włoszka z czarującym uśmiechem na ustach, orżnęła całą naszą grupę na gigantyczny hajs..Podróże uczą, nie ma co!




Mieszkańcy miasta- Zawsze myślałam, że Włosi to nie naród tylko stan umysłu. Ludzie kochający życie, dobre jedzenie i zabawę, zawsze mający czas na korzystanie z uroków życia. Uśmiechnięci, pomocni, którzy faktycznie czują i mają to przeklęte Dolce Vita. Jakież wielkie czekało mnie rozczarowanie w Rzymie. Ludzie tutaj nie są pomocni. Nie są nawet uśmiechnięci. Ani minimalnie życzliwi. Są tutaj od tego, żeby ograbić cię z pieniędzy, nie pomóc kiedy pytasz o drogę, popchnąć na ulicy, doliczyć coś pokątnie do rachunku i zasadniczo pokazać ci, że jesteś małym, paskudnym robakiem chodzącym po ich mieście. Niejako rozumiem, że to miasto turystyczne, że nie wszystkim dobrze się wiedzie, ale jak już koledzy z couchsurfingu mówią, że w Rzymie mieszka najgorszy sort Włochów, to coś jest na rzeczy. Przez 4 dni mojego pobytu, spotkałam się dosłownie dwa razy z przejawem ludzkiej sympatii. Reszta to była prawdziwa walka o przetrwanie :)



Skuterowe Love- Jeszcze na długo przez moim wyjazdem do Rzymu, wymyśliłam to sobie, jako  jeden z punktów na mojej osobistej, podróżniczej bucket liscie. Rzym z perspektywy skuterowego siedziska zakwitł w mej głowie po oglądnięciu "Rzymskich wakacji". W końcu każda dziewczyna chociaż raz chce się poczuć jak księżniczka, prawda?:) Problem w tym, że jeździć na skuterze nie umiem, jak dama też specjalnie się nie zachowuje. Nie pozostało mi nic innego jak poszukać kogoś, kto odwali za mnie tę całą robotę. Z pomocą przyszedł mi Couchsurfing, gdzie puściłam w świat moją prośbę o przejażdżkę Vespą po ulicach Rzymu. Nie muszę dodawać, że Włosi to prawdziwi dżentelmeni, więc dostałam przemnóstwo propozycji niekoniecznie związanych ze skuterem, ale na przykład z kolacją połączoną ze śniadaniem na tarasie. W końcu moją uwagę przykuł niejaki  Fabrizio. Wprawdzie nie miał Vespy tylko Hondę ale jego miła aparycja wzbudziła moje zaufanie i uznałam, że zaryzykuję.  Należę do ostrożnych ludzi, więc zdjęcie Fabrizio wraz z numerem telefonu zostało wysłane do mojej przyjaciółki oraz zostawione dziewczynom w hostelu. Na szczęście Fabrizio nie okazał się perwersyjnym zboczeńcem, gwałcicielem i seryjnym mordercą, a przemiłym chłopakiem, który przewiózł mnie po najfajniejszych miejscach w Rzymie, racząc ciekawostkami z życia miasta. Było tak jak sobie wymarzyłam- w za dużym kasku na głowie wdychałam spaliny, przeciskałam się między trąbiącymi autobusami i wymachującymi na nas złowrogo kierowcami aut osobowych. Z siedziska oglądałam najpiękniejsze zabytki Rzymu, a wiatr smagał mi twarz. Wtedy właśnie zakochałam się w skuterze i zapragnęłam kupić sobie czerwoną, starą Vespę...




Sufity-Moja wędrówka po Rzymie to wędrówka z wysoką podniesioną głową. I nie tylko dlatego, że tak właśnie trzeba iść przez życie! W tym mieście najbardziej na świecie urzekły mnie sufity. Ich misterne wykończenia, malunki, detale i rzeźby. Gdziekolwiek nie weszłam zawsze podnosiłam głowę i podziwiałam z otwartą gębą. Co rusz odkrywałam piękniejsze, bardziej zdobione, bardziej tajemnicze. Myślałam, że tylko Kaplica Sykstyńska mnie uwiodła i nic jej nie przebije, ale kolejne dni i kolejne świątynie powiększały moją kolekcję sufitowych ochów. Szyja mnie bolała od wykręcania jej na wszystkie strony. Do tego stopnia dostałam sufitowego szału, że sprawdzałam sufity nawet w łazienkach miejskich! Pamiętajcie, że Rzym zwiedza się z głową do góry! 






Panteon- Muszę przyznać, że jest to moja ulubiona świątynia w całym Rzymie. Najbardziej skromna ale też najbardziej tajemnicza. Daleko jej do przepychu innych kościołów i bazylik ale jest w niej coś takiego intrygującego, że spędziłam tam sporo czasu, patrząc zahipnotyzowana na oculus- otwór w dachu, który jak głosi legenda, wybił sam diabeł uciekając stąd z pierwszej odprawianej tutaj mszy. Podobno w przypływie szału i paniki obiegł kilka razy Panteon dookoła, a ślady jego kopyt można znaleźć do dzisiaj. Panteon stoi już od 2000 lat i był pierwszą świątynią ,którą poświęcono siedmiu bóstwom planetarnym; Słońcu, Księżycowi, Wenus, Saturnowi, Jowiszowi, Merkuremu i Marsowi. Może właśnie przez to jest tak kosmicznie magiczna?





Rzym starożytny- Wieczne Miasto nazywane jest często największym muzeum i największym skarbcem świata. Aby zobaczyć wszystkie zabytki Rzymu nie starczyłoby nam chyba życia, ale żeby poznać historię jak Rzymianie budowali cywilizację Europy, warto poświęcić cały dzień na obcowanie ze starożytną częścią tego miasta. Koloseum, Forum Romanum , Palatyn i Fora Cesarskie. To tutaj przed wiekami tętniło serce miasta. Tutaj znajdowało się centrum życia politycznego, sądowego i gospodarczego. Spacerując po Forum Romanum ekscytowałam się, że moja stopa kroczy dokładnie po tym samym bruku co stopy kapłanek ze świątyni Westy, że stoję i patrzę na Hale Trajana zaliczane niegdyś do cudów starożytnego świata. Moja wyobraźnia pracowała jak szalona! Tak się nakręciłam, że w Koloseum zdawało mi się, iż zaraz poczuję zapach potu i krwi gladiatorów. Niesamowita wycieczka do przeszłości stanowiącej kolebkę naszej kultury.























Rzym nocą- Jak dla mnie obowiązkowy punkt wizyty w Wiecznym Mieście. Któż nie chciałby znaleźć tych wszystkich miejsc, po których biegał lekko już utyty Tom Hanks w ekranizacji powieści Dana Browna "Anioły i demony"? Zmrok dał mi obraz Rzymu jako lekko mrocznego miejsca, w którym pod osłoną nocy skrywają się jakieś brudne tajemnice (tak wiem, za dużo kryminałów). W ostatnim dniu mojego pobytu postanowiłam zobaczyć miasto nocą. I faktycznie- jest nieprzeniknione ale jednocześnie fascynujące. Zamek i most św Anioła nocą to idealne miejsce do popełnienia romantycznej zbrodni. Iluminacje świetlne, które rzucają ciepłe światło na mury, aby zaraz lekko zamazać ich kontury cieniem sprawiały, że każda rzeźba na moście wydała mi się dziwnie złowroga, a figura św Anioła na szycie zamku kojarzyła mi się ze scenami żywcem wyjętymi z horroru. Opustoszała droga Via della Conciliazione prowadząca do Watykanu nadawała miejscu niepokojący klimat, a nieoświetlone zaułki stanowiły schronienie dla bezdomnych. Fontanny na Piazza Navona skąpane w świetle i odbijające się w lustrze wody sprawiły, że tylko czekałam, kiedy z jakiegoś samochodu ktoś wrzuci skutego biskupa do fontanny, a Tom Hanks rzuci się na ratunek. Taka to ludzka wyobraźnia jest rozbuchana:)








Hostelowe Love- W Rzymie zaliczyłam swój pierwszy hostelowy raz. Po raz pierwszy przebywałam w pokoju liczącym więcej niż dwie sztuki człowieka. Ponieważ zawsze podróżowałam z kimś mi bliskim i z racji wykonywanej pracy korzystałam ze zniżek w swojej hotelowej sieci, nigdy nie miałam okazji skorzystać z hostelu i to jeszcze w wersji grupowej. Myślałam, że nie ogarnę sprawy, gdyż może i jestem bardzo towarzyska, ale jak każdy z nas lubię swoją autonomiczną przestrzeń i czasem potrzebuję pobyć sama ze sobą. Już w pierwszym dniu wiedziałam, że do końca pobytu nie będę sama:) I mimo, że hostel miał naprawdę obskurną łazienkę, że co noc zmieniało się kilka osób w pokoju, że łóżko piętrowe niemiłosiernie trzeszczało mi nad głową to i tak był to najfajniej spędzony czas ever! Poznałam tak fantastycznych ludzi, przeprowadziłam tyle inspirujących rozmów przy winie, tyle razy popłakałam się ze śmiechu, że wyjeżdżając z Rzymu czułam, że mój pociąg dojechał na tę właściwą stację:)









Copyright © 2016 W 10 inspiracji dookoła świata , Blogger