niedziela, września 09, 2018

Plan na Gruzję


Jaka jest Gruzja, pytasz? Jest nadzwyczajna i trochę zaczarowana. W tych krajobrazach, ludziach i kulturowym tyglu zadurzysz się od razu, to pewne! Gruzja leży na styku Europy i Azji i tak naprawdę nie wiadomo, czy jest bardziej europejska, czy już azjatycka. Przyjeżdżając tu, zaciągniesz się zapachem Orientu z Jedwabnego Szlaku ale również zaskoczysz postsowieckimi dziwactwami. Zobaczysz majestatyczne ściany gór Kaukazu w regionie Swanetii, łagodne wzgórza z winnicami rejonu Kachetii i pustynno- stepowe klimaty na granicy z Azerbejdżanem. Różnorodność to słowo klucz w Gruzji. Jeśli zastanawiasz się, co warto zobaczyć i co zrobić w Gruzji, pozwól, że przedstawię ci mój subiektywny dekalog gruziński. Kreślił się on w moim notesie na podstawie przygód, obserwacji i rozmów podczas 21-dniowej podróży z plecakiem po tym kraju.  Może właśnie dzięki niemu dołączysz do grona gruzjofilów, kto wie?  Jedno jest pewne- Gruzję koniecznie musisz umieścić na swojej podróżniczej liście marzeń! 

Co warto zrobić w Gruzji?


Najpierw warto sobie Gruzję odczarować- Zanim ruszysz do Gruzji, musisz ją sobie trochę odczarować. Odrzeć z mitów, które moim zdaniem bardziej jej szkodzą, niż pomagają. Kiedy szukasz informacji o Gruzji, zazwyczaj znajdujesz historie, które mówią, że Gruzini kochają Polaków bardziej niż swoje matki. Wręcz na siłę ciągną cię do swojego domu, biją się z sąsiadami o to, kto ma cię ugościć, a ich jedynym życiowym celem jest organizowanie nieustających biesiad z twoim udziałem. Tak niestety nie jest. Gruzja to nie osobna planeta na Ziemi, gdzie przyjaźnie i głębokie relacje międzyludzkie tworzą się po krótkim oznajmieniu, że jesteś Polakiem. Według niektórych, to magiczne pochodzenie daje ci prawo do włażenia ludziom do domów, zaglądania im do kuchni "bo przecież nas lubią", podsuwania dzbanków do nalewania wina "bo są przecież gościnni" i wymagania, że wszystko możesz mieć za półdarmo "bo to naturalne dla nich". Muszę cię niestety rozczarować. W Gruzji na zaufanie i sympatię drugiego człowieka pracuje się tak samo, jak w każdym innym miejscu na świecie. Ludzie żyją tu z turystyki, która przyszła do nich tłumnie tak samo, jak do wielu innych krajów na świecie. Trawa nie jest tu bardziej zielona, niż w twoim ogródku. Nie jest też tu " żenująco tanio", jak głoszą internety. Jest po prostu normalnie. Jak w każdej podróży trafisz tu na cudownych ludzi, trafisz na totalnych dziwaków, taksówkarz na postoju będzie próbował czasem cię oszukać, a naganiacze nie będą dawali ci spokoju. Jak to sobie wszystko uświadomisz, nie będziesz się złościć, że zostałeś perfidnie oszukany. Bo nikt cię nie ugościł jak należy, nikt nie zaprosił na domowe wino, nikt nie podwiózł za darmo i nie przenocował. Czemu to piszę? Bo spotkałam wielu polskich turystów, którzy dali się wciągnąć w mit darmowej Gruzji i bardzo głośno oraz dobitnie wyrażali swoje niezadowolenie. Zwyczajnie było mi za nich wstyd. Pamiętaj, że polsko- gruzińska przyjaźń nikogo nie zwalnia od bycia przyzwoitym człowiekiem.






Wypić wino- Gruzińskie wina to zdecydowanie jedne z lepszych, jakie piłam w swoim życiu. Są mocne w smaku, niezwykle aromatyczne i o bardzo wyrazistej nucie. Najlepiej smakują te, które ktoś naleje ci prosto z plastikowego baniaka do szklanki. Taki trunek najbardziej idzie w głowę! Tradycje winiarskie w Gruzji znane są od przeszło 7 tysięcy lat, więc co jak co, ale znają się tu na alko robocie! Wino gruzińskie jest eksportowane do kilkudziesięciu krajów na świecie i pełni ważną rolę w krajowej gospodarce. Aby poznać smak winiarskich specjałów warto poświęcić kilka dni na region Kachetii, która jest centrum gruzińskiego winiarstwa. Można zatrzymać się w uroczym mieście Sighnaghi, które urzeka brukowanymi uliczkami, drewnianymi domami i majaczącym na horyzoncie Kaukazem wyrastającym pionową ścianą z płaskich pól uprawnych. Sighnaghi to idealna baza wypadowa do pobliskich winiarni. Spędziłam w tym miasteczku trzy dni. Gruzini nazywają je miastem miłości. Nazwa trafiona w stu procentach, bo ja się w nim zakochałam od pierwszego wejrzenia ! A jeszcze bardziej w rodzinie, u której zatrzymałam się na nocleg. No i oczywiście w ich domowym winie z plastikowego baniaka:) 









Wziąć udział w Suprze. Albo chociaż o niej posłuchać- Może się zdarzyć, że wcale nie weźmiesz w niej udziału. A może być też tak, że ktoś faktycznie wciągnie cię do domu prosto z drogi i będzie cię karmił, poił, wznosił toasty i śpiewał razem z Tobą. Cokolwiek cię spotka w tym temacie- tradycje supry warto zgłębić. Miałam okazję dwa razy uczestniczyć w gruzińskiej biesiadzie i to, co najbardziej w niej jest fascynujące, to to, że nie jest ważne miejsce, a ludzie. Przy suto zastawianych stołach celebruje się radość ze spotkania z drugim człowiekiem. Okazja do biesiadowania znajdzie się zawsze. Kiedy ktoś zaprosi cię na suprę, powinieneś skosztować wszystkiego, czym cię poczęstują, bo dla gospodarza to największa nagroda- kiedy goście najedzą i napiją się aż po korek. Każda supra ma swojego mistrza ceremonii tzw: tamadę. Jest to zazwyczaj gospodarz domu. Tamadami są głównie mężczyźni, aczkolwiek nieśmiało zapytałam czy mogą być także kobiety. Odpowiedziano mi, że owszem ale jeszcze nie słyszałam, żeby takowe supry miały  faktycznie miejsce. Przy stole panują pewne niepisane zasady i hierarchia, których naruszenie oznacza brak szacunku dla gospodarza. Podczas supry wznosi się toasty. Pierwszy zawsze za Boga, a  kolejne zależą od kreatywności tamady. Ja piłam za wszystkie matki świata, za spotkanie, za przyjaźń polsko- gruzińską, za udaną dalszą podróż i za samą siebie. Więcej niestety nie pamiętam z tych wieczorów :D



Znaleźć zrozumienie dla niezrozumiałego- W Gruzji jest bardzo wiele znaków zapytania. Zazwyczaj można je zobaczyć przez okna marszrutek, albo w miejscowościach, gdzie jeszcze turystyka nie zagościła na dobre. Gruzję nie do końca da się szybko poznać i zrozumieć. To kraj, w którym najładniejsze i najbardziej okazałe budynki ma policja, a obok nich stoją rozwalające się domy. Handel przydrożny jest tu jak dobrze rozwinięta sieć sklepów handlowych, a mężczyźni całymi dniami przesiadują przed domami, podczas gdy kobiety harują jak woły. Gdzie ci sami mężczyźni są przekonani o swojej niebywałej urodzie i zniewalającym uroku, nawet jak brakuje im zębów, a ich sylwetkę zdobi ogromny brzuch. Kraj, w którym sowieckie projekty urbanistyczno - architektoniczne planowano z wielkiem rozmachem, a które dziś stoją niedokończone lub opuszczone. Kraj, w którym to, co na Zachodzie jest już kitem, tutaj osiąga rozmiary prawdziwego hitu. Jest bogactwo i jest ogromna bieda i czasem ciężko znaleźć między nimi wyraźną granicę. Mnie Gruzja zmuszała do codziennego zadawania sobie pytań, które jak szalone nasuwały się do głowy podczas całej podróży. Na kilka znalazłam już odpowiedź, na niektóre wciąż jeszcze szukam. 




Drżeć o swoje życie w marszrutkach- Na pewno będziesz nimi jeździł, więc bądź przygotowany na  prawdziwą przygodę życia! Myślałam, że skoro wychowałam się na podhalańskiej wsi, to widok żywej kury w zardzewiałym busie mnie nie zdziwi. A tu nagle weszły gruzińskie ciekawostki motoryzacyjne całe na biało! Kilka razy zaserwowały mi porządne palpitacje serca, zachęciły do ostatniej modlitwy, a także odebrały ze strachu mowę. W gruzińskich marszrutkach przeżyłam niezliczoną ilość pierwszych razów. Pierwszy raz widziałam w samochodzie osobowym telewizor zamiast wstecznego lusterka. Pierwszy raz oglądałam na tymże telewizorze psychodeliczne teledyski o hamburgerze, podczas gdy kierowca walczył na stromych zakrętach z zepsutymi hamulcami. Pierwszy raz wyprzedzałam radiowóz policyjny, cysternę i krowę jednocześnie. Również pierwszy raz jechałam busem, w którym za dodatkowe siedzenia służyły gustowne, skórzane pufy na drewnianych nóżkach. Nie muszę mówić, co się z nimi działo w trakcie pokonywania ostrych zakrętów. Ze spoconą pachą jednego Gruzina byłam baaaardzo mocno zaprzyjaźniona podczas nagłych zwrotów kierownicy. Pamiętam również wylewający się płyn z chłodnicy i mój plecak upchnięty między stary silnik i kartony z nie-wiadomo-czym. Z łezką w oku wspominam pana naganiacza z dworca w Tbilisi, który bezbłędnie wyłapywał mnie z tłumu i czytał w myślach, dokąd dzisiaj jadę i skąd wracam. Po którymś już spotkaniu poczułam do niego ogromną sympatię, a jego przepity i skrzeczący głos, wrzeszczący wprost do mojego ucha: BATUMI!!, KAZBEGI!! na zawsze pozostanie w moje pamięci!





Popatrzeć na majestatyczny Kazbek z kościoła nad Geregeti- Powiedzieć, że Kazbek jest piękny to nic nie powiedzieć. Liczący 5047 m n.p.m szczyt Kaukazu jest obiektem westchnień wszystkich góromaniaków. Każdy tu przyjeżdża aby zmierzyć się z nim po swojemu. U jego stóp znajduje się bardzo klimatyczna miejscowość Stepancminda (zwana dawniej Kazbegi)- jeden z najważniejszych ośrodków turystycznych w Gruzji. Kazbek to wygasły wulkan, który niczym olbrzym osiadł nad dolinami gruzińskiej krainy Chewi. Kiedy przyjechałam do Stepancmindy z nieba padał rzęsisty deszcz i nic nie było widać. Kazbek oglądałam na zdjęciach, przy kubku herbaty i gruzińskich cukierkach, w domu u Mai, u której spałam. Maja pocieszała, że jutro na pewno będzie lepiej. A ja załamana stałam na jej werandzie, wpatrzona w pustą przestrzeń przede mną i modliłam się, żeby wyszło słońce. Na drugi dzień Maja ugotowała mi na drogę jajka, dała pomidory, chleb, odmówiła jakichkolwiek pieniędzy i kazała iść podziwiać okolicę. Po niecałych dwóch godzinach wdrapałam się pod kościół św. Trójcy nad wioską Geregeti, a moim oczom ukazał się Kazbek spowity mgłą. Był to pierwszy magiczny widok, jaki zaserwowała mi Gruzja. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, co czeka na mnie w Mestii.










Totalnie zakochać się w Swanetii-  Kiedyś przeczytałam, że ten najbardziej tajemniczy region w Gruzji powoli się kończy. Bo już nie jest tak bardzo odizolowany od świata i dopadła go masowa turystyka. Nie wiem czy brak asfaltu na drodze i licznie chodzące po niej krowy można nazwać szczytem rozwoju masowej turystyki, ale nie sprzeczam się. Faktem jest, że dzikie i górskie rejony Swanetii były kiedyś okupowane przez zbirów i przestępców, a do roku 2010 podobno nie można było podróżować do Swanetii bez eskorty wojska lub służb bezpieczeństwa. Czułam, że to będzie najpiękniejsza część mojej gruzińskiej przygody. Nie myliłam się. Fascynująca historia górali  swaneckich, kamienne wieże przy domach, z których jeszcze do niedawna prowadzono regularne, sąsiedzkie wojny, ośnieżone szczyty Kaukazu, liczne drogi trekkingowe i niesamowity spokój - to wszystko sprawiło, że nie chciało mi się stamtąd wyjeżdżać. Jednak największym ŁAAAAŁ tego wyjazdu był trekking z Mestii do jezior Koruldii. Niemal pionowe wejście z wioski sprawiło, że najpierw czułam, jak padam ze zmęczenia, a potem z nadmiaru wrażeń. Imponujący widok wyłaniającej się zza mgieł kaukaskiej "Wiedźmy" czyli szczytu Ushba (4700 m n.p.m) i panorama głównego pasma Kaukazu wycisnęły mi łezkę z oka. Najpierw myślałam, że to mucha mi wpadła, ale nie - to Ushba ścisnęła moje wrażliwie na góry serduszko! Musisz tu przyjechać. Nieważne, że droga do Swanetii jest długa jak tasiemiec w jelitach - po prostu musisz tu być i koniec kropka!













Odpuścić sobie pobieżną wizytę w Ushguli - Nie dlatego, że jedna z najwyżej położonych wiosek w Europie (zakładając, że Gruzja leży w Europie) jest brzydka. U stóp najwyższego szczytu Gruzji- Szchary (5203 m n.p.m) czas płynie powolnym rytmem. Rytm ten zakłócają licznie przybywające busy i taksówki, z których wysypujemy się my - turyści, backpackerzy i wszelkiej maści podróżnicy. Wszyscy omamieni obrazem górskiej wioski na końcu świata, gdzie czas się zatrzymał. Zatrzymał się i co z tego? Czy to, że po naszej własnej drodze nie biegają świnie, krowy oraz konie to powód, aby włazić ludziom do domów? Zaglądać w każdą dziurę w wiosce, po czym  po dwóch godzinach zawinąć się z powrotem? Muszę przyznać, że czułam się tam trochę zażenowana sama sobą. I pozostałymi odwiedzającymi. Oto my, wielcy odkrywcy z plecakami i aparatami fotograficznymi wpadamy na chwilę i eksplorujemy miejsce jak jakiś żywy skansen. Robimy zdjęcia jak szaleni, a zewsząd dochodzą nas wzdychania we wszystkich językach świata- "Patrz, nic tu nie ma"! "O matko, spójrz! Jeszcze wykorzystują krowy do orania pola!", ''Jezu, świnia chodzi środkiem drogi, jak oni tu mogą tak żyć?!" Szukamy Bóg wie jakiej egzotyki w zwykłym, codziennym życiu, a tak naprawdę to   przeszkadzamy. Z tego co udało mi się dowiedzieć podczas pewnej ważnej rozmowy przy winie - mieszkańcy Usghuli nie bardzo rozumieją nasze zachowanie. Więc jadąc tam trzeba się zastanowić, czy chcemy być intruzami czy gośćmi? Ja czułam się jak intruz. I nie była to bynajmniej wina mieszkańców. 









Spanikować i spocić się w Dawid Garedży- Położony na pograniczu Gruzji i Azerbejdżanu kompleks klasztorny Dawid Garedża to świetne miejsce do tego, aby spocić się w piekącym słońcu jak mysz! Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, jakie panują tu upały w lecie, ale ja w maju prawie omdlewałam z gorąca! Koniecznie trzeba zapakować mnóstwo wody, coś na ochronę przed słońcem oraz długie spodnie, bo w zaroślach mieszka bardzo dużo jadowitych gatunków węży. Wędruje się przez te krzaki dość wąską ścieżką, więc trzeba uważnie patrzeć, gdzie stawiać nogę. Ponieważ hasło "jadowity wąż" działa na mnie wręcz paraliżująco, cały mini trekking po wzgórzach klasztornych spędziłam ze wzrokiem wbitym w buty, nasłuchując jednocześnie, czy jakaś śmiertelnie jadowita żmija nie planuje na mnie ataku. Moją panikę podsycał fakt, że kompleks klasztorny leży dosłownie po środku niczego, a malownicza droga, która do niego prowadzi to nie autostrada, tylko puste, głuche stepy i na ewentualną pomoc nie ma co liczyć. Mój towarzysz drogi ekscytował się pustynną fauną i florą, kałachami azerskich żołnierzy, widokami, jak z bajki, a ja tylko swoje buty i buty:) Na szczęście nic mnie nie zaatakowało, a w kilku miejscach wpadłam w totalny zachwyt i stwierdziłam, że to kolejny gruzińskich och i ach do podróżniczego notesu! Według mnie to obowiązkowe miejsce na mapie Gruzji! Mimo węży:)








Oszaleć na punkcie Gruzji !- Co takiego ma w sobie ten kraj, że nikogo nie pozostawia obojętnym na swoje wdzięki? Tajemniczego składnika gruzińskiego soku z gumijagód szukałam wszędzie. Znajdywałam go jak  w tłustym chaczapuri, to w ciepłym chlebie z kamiennego pieca, pakowanego na górskie trekkingi. Widziałam go również w szerokim uśmiechu Tariela z hostelu w Mestii i w śniadaniu, które Maja robiła mi wcześnie rano, żebym nie wracała głodna z Kazbegi do Tbilisi. Gruzja da ci wszystko to, czego szukasz w podróżach- fajnych i pomocnych ludzi, nutkę szalonej przygody, piękne krajobrazy, pyszne jedzenie i kawał fascynującej ale trudnej historii. Będziesz zachwycał się widokami na Gruzińskiej Drodze Wojennej, szukał duchowych uniesień w Mcchetcie, uciekał przed dzikimi krowami w Mestii i karmił bezpańskie psy w drodze pod lodowiec Chaaladi Musisz tylko tę Gruzję odkryć po swojemu. Bez wygórowanych żądań i wyobrażeń.  Przyznam się, że przyjechałam do tego kraju trochę zwabiona opowieściami z mchu i paproci, o których pisałam powyżej. Już w pierwszym dniu zweryfikowałam swoje poglądy i ruszyłam w rajd po kraju. Bez planu i żadnych oczekiwań. Wróciłam zakochana po uszy! Tobie życzę tego samego, drogi czytelniku:) 








Copyright © 2016 W 10 inspiracji dookoła świata , Blogger