niedziela, czerwca 24, 2018

Budapeszt na weekend czyli Langosz, kawa i żółte tramwaje



Stolica Węgier z powodzeniem może mianować się europejską mekką królów życia. Jeśli jesteś spragniony hedonistycznych uciech i chciałbyś żeby miasto co rusz wyciągało z kapelusza atrakcje równie zaskakująco jak króliki- Budapeszt jest miejscem dla ciebie. Możesz swobodnie wybierać czy chcesz wypić kawę w starej jak świat kawiarni, zatrzymać się na wino w klimatycznej piwnicy, wygrzać kości w wodzie termalnej czy zjeść tłustego placka w ulicznej budzie. Wszystko to możesz robić patrząc jednocześnie na wijącą się jak wąż rzekę Dunaj. Albo przechodząc z jednej strony mostu na drugą, nie umiejąc się zdecydować, która jest fajniejsza. Buda i Peszt- te dwa słówka tworzą miasto, w którym język urzędowy jest bardziej niezrozumiały niż waluta, a tutejszy tygiel kulturowy przypomina trochę zupę gulaszową- niby różne składniki, niby nic nie pasuje, a w smaku takie dobre! Podobno do Budapesztu trzeba jechać jak jest zielono, jak rozkwitają okoliczne wzgórza, a miejskie wyspy zaczynają żyć. Pojechałam zatem w marcu, kiedy było szaro, zimno i ponuro.

I wiesz dlaczego w Budapeszcie jest fajnie?


Bo mają langosza- Żadna to filozofia kulinarna- mąka, woda, drożdże i tłuszcz. Właściwie to mnóstwo głębokiego tłuszczu. Do tego grubo starty ser i sos śmietanowo- czosnkowy. Tak właśnie prezentuje się lángosz- najbardziej znany węgierski fastfood. Dawniej produkowany był w trochę lżejszej wersji i serwowany zazwyczaj na śniadanie. Kojarzy mi się trochę z przepyszną Pizzą Fritta z NEAPOLU. W każdym razie tak samo zatyka tłuszczem tętnice. Ale nie zjeść lángosza będąc w Budapeszcie? Naprawdę? Szukajcie budek i straganów z tłustymi plackami bez zbędnej  dietetycznej histerii. Na wyjeździe podobno się nie tyje!





Bo kawa, kawusia, kawusieńka - Budapeszt podobnie jak Wiedeń i Lwów słynie z niespiesznego delektowania się kawą w całkiem fikuśnych wnętrzach. Budapesztańskie kawiarnie to z jednej strony mosiężne klamki w drzwiach, ciężkie boazerie, późne rokoko i uszczerbione filiżanki z czasów Franciszka Józefa. Z drugiej- nowoczesne ekspresy ciśnieniowe, kolorowe skarpetki u kelnerów i papierowe kubki To Go. Gdziekolwiek nie wejdziesz na kawę, będzie ci dobrze. Polecam z całego serca kawiarnię Central Cafe 1887 przy Karolyi utca 9. Może nie jest super tanio, ale za to tak klimatycznie, że niemal czujesz, jak dotykasz artystycznego absolutu. Dla lubiących ciasne ale własne miejscówki, warto zajrzeć do My Little Melbourne & Brew Bar na Madách Imre út 3. Wąsko i duszno ale kawa pyszna i całkiem tania.








Bo Hala Targowa- Do buszowania między pęczkami rzodkiewek, stosami marchewek, a laskami suszonej kiełbasy nie trzeba mnie długo namawiać. Targowiska to moje miejsca i tropię je z taką samą częstotliwością jak posadzki i streetart. W Budapeszcie Centralna Hala Targowa (Vásárcsarnok)  to największe i najstarsze targowisko w mieście.  Oficjalne otwarcie nastąpiło w 1897 roku. Kupisz tu wszystko- od produktów spożywczych po elektronikę i ciuchy. Polecam zagłębić się w część gastronomiczną, gdzie czekają ostre jak diabli papryczki, salami, kabanosy i babcie z jajkami od szczęśliwej kury grzebiącej. Lubisz podpatrywać codzienność odwiedzanych miejsc? Tutaj masz jej nieskończoną ilość.









Bo obskurne metro i film Kontrolerzy- Chłopak o imieniu Bulcsu, kontolerzy w budapesztańskim metrze i dziwaczne historie z podziemia. Pamiętam, że moich zachwytów nad filmem Nimróda Antala nie było końca. A do tego oglądałam go na tak oldskulowym sprzęcie jak  odtwarzacz DVD! Nic więc dziwnego, że chciałam się przejechać najstarszym systemem komunikacji kolei podziemnej na kontynencie i poszukać stacji znanych mi z filmu. Metro w Budapeszcie zostało otwarte w 1896 roku i jest drugim (zaraz po Londynie) najstarszym działającym metrem w Europie. Jak już przejadło mi się metro, to zaczęłam się zachwycać żółtymi tramwajami. Są najbardziej malowniczym i spójnym elementem miasta, serio.




Bo Gozsdu- Niegdyś centrum żydowskiej dzielnicy Budapesztu, dziś odrestaurowany odcinek ulic  Király utca i Dob utca. Szereg dziedzińców, który ciągną się przez te dwie ulice, usiany jest fajnymi barami, restauracjami i artystycznymi sklepikami. Wieczorami tętni tu budapesztańskie życie kulturalno- rozrywkowe. Od marca do października, w każdą niedzielę działa Gozsdu Bazaar czyli inaczej GOUBA. To taki miks Pchlego Targu z kramami lokalnych artystów i twórców sztuki wszelakiej. Można złowić naprawdę niepowtarzalne rzeczy. Uwaga! To miejsce wciąga!





Bo Góra Gellerta- Góra Gellerta wznosi się 130 metrów nad poziom Dunaju i według miejskich legend, była kiedyś takim budapesztańskim Blair Witch Project. Działy się tu dziwne rzeczy, ginęli ludzie, a czarownice zbierały się na sabaty. Przez wiele wieków góra uznawana była za siedlisko zła oraz ciemnych mocy i nikt się tam właściwie nie zapuszczał. Dzisiaj po czarownicach ani śladu, a wzniesienie stanowi świetny punkt widokowy na całe miasto. Spacer warto zacząć od strony hotelu i kąpieliska Gellert i kierować się w stronę cytadeli. Jak znajdziecie pod jakimś krzakiem przewodnik po Budapeszcie w języku polskim- to mój:)




Bo Szimpla Kert- Koncepcja ruin pubs czyli zrujnowanych pubów jest tak świetna, że to nie mogło się nie udać. W starych, opuszczonych budynkach stworzono popularne miejsce spotkań artystycznej bohemy i studentów. Szimpla Kert składa się z kilkunastu pomieszczeń, w których entuzjaści porządku i ładu mogą czuć się trochę nieswojo. Każdy mebel z innej bajki, pomazane ściany, dziwne instalacje...Wszystko to jest tak kuriozalne, że aż fascynujące. W każdą niedzielę Szimpla jest gospodarzem jednego z najlepszych w mieście targów dla rolników- Szimpla Kert Farmer. Mają też pyszne, weekendowe śniadania bufetowe!













Bo ciastko, którego nazwy nie umiem wypowiedzieć- Kominowe ciasto Kürtőskalács smakuje o wiele lepiej, niż brzmi. Ciasto drożdżowe robione na specjalnych wałkach i pieczone nad węglem jest węgierskim przysmakiem już od 1680 roku! Znajdziesz go w budach z ulicznym jedzeniem i na straganach gastronomicznych. Można jeść go na wiele sposobów i każdy kolejny jest pyszny. Wersja z cynamonem, z wanilią, z nutellą, z lodami w środku, z lodami na zewnątrz i kokosem! Najlepsze jest jeszcze ciepłe, prosto z wałka- omnomomom! Polecam nie jeść na raz z langoszem gdyż wypełni nam to bilans kaloryczny na miesiąc do przodu, a przecież trzeba jeszcze zjeść zupę gulaszową!l




Bo Dunaj i mosty- Druga co do wielkości rzeka w Europie przecina Budapeszt na dwie części i spina je kilkunastoma mostami, po których koniecznie trzeba się przejść żeby zobaczyć miasto z innej perspektywy. Najważniejsze mosty to Łańcuchowy, Wolności, Małgorzaty i Elżbiety. Najwięcej dzieje się między Mostem Łańcuchowym i Mostem Wolności. Spacer między nimi dostarcza wielu zabytkowo-kulturalnych doznań! I koniecznie, wręcz obowiązkowo należy zobaczyć wszystkie  powyższe nocą. Łańcuchowy jest tak podświetlony, że sztos! W ciągu dnia bulwary nad Dunajem są idealnym miejscem na przycupnięcie na ławce i oddanie się własnym myślom oraz obserwacjom.  Robiłam to codziennie i mogę śmiało polecić tego allegrowicza!







Bo Wyspa Małgorzaty- Podobno jest tu super. W lecie. W miesiącach kiedy działają kąpieliska, kiedy kwitnie ogród różany i jest mnóstwo zieleni. Ba! czytałam nawet o ogrodzie japońskim z małym stawem i żółwiami. Wierzę na słowo. Po kilkudziesięciu minutowym spacerze w lekkiej mżawce zastałam totalną szarówkę, wilgoć i smętne liście błąkające się pod samotnym napisem Budapeszt. A tak w ogóle to wydaje mi się, że projektant pomnika naszej polskiej waginy z Rzeszowa mocno inspirował się pomnikiem w parku na Wyspie św. Małgorzaty, gdyż obydwa są do siebie łudząco podobne. Czy Budapeszt jest fajnym miejscem na weekend? Nie jest. Weekend tutaj to za mało. Jest dobry na conajmniej kilka dni. Mimo, że nie rozumiałam ekspedientek w sklepie ani kelnerów w knajpach, waluta sprawiała, że chodziłam non stop z kalkulatorem, a wiatr z deszczem zniechęcały do spacerów- Budapesztowi mówię stanowcze, zdecydowane TAK! Nawet trzy razy TAK! Jedźcie i sprawdźcie co w tym tyglu kulturowym piszczy. Spacerujcie, zjedzcie zupę gulaszową, popchnijcie to langoszem, a potem wymoczcie się w wodach termalnych. I nie dziękujcie, że podsunęłam Wam taki super pomysł na kolejną podróż.












Copyright © 2016 W 10 inspiracji dookoła świata , Blogger