niedziela, listopada 27, 2016

Jarmarki świąteczne -grzane wino i banan w czekoladzie lekarstwem na całe zło!


Boże Narodzenie ma dla mnie niemalże magiczną moc. Od dziecka z niecierpliwością czekam na pierwsze płatki śniegu, intensywny zapach obieranych mandarynek, śpiewającego karpia w sklepie rybnym na Krupówkach, wyciąganie zakurzonych ozdób świątecznych z piwnicy i dekorowanie choinki, przy której zawsze odbywają się dantejskie sceny, bo każdy ma inne zdanie w kwestii rozmieszczenia bombek. Mimo upływu lat i intensyfikacji przedświątecznej gorączki już w listopadzie, Boże Narodzenie nadal wywołuje fizyczne oznaki radości- przyjemne łaskotanie w brzuchu i ciepło w okolicach mięśnia sercowego. 


Niestety w dorosłym życiu czas pędzi tak szybko, że w natłoku codziennych obowiązków święta nierzadko tracą swoją niezwykłość i stają się  kolejnym przykrym punktem na liście sprawunków domowych. Zmęczeni zasiadamy do świątecznego stołu i nim się zorientujemy, szara ręka rzeczywistości brutalnie przerywa nam spożywanie makowca i śpiewanie kolęd. Ileż prawdy niesie w sobie powiedzenie Święta święta i po świętach.. Ale dzięki Bogu mamy jeszcze taki wspaniały wynalazek jak jarmarki świąteczne! 

Moja miłość do świątecznych kramów z popierdółkami, cierpkiego grzanego wina wątpliwego pochodzenia i absurdalnie drogiego jedzenia jest niezmienna i śmiało mogę powiedzieć, że wieczna:) Wielbię tę kiczowatą atmosferę, te komercyjne, do bólu przaśne kramy z mydłem i powidłem. Nawet to, że 12 PLN za banana w czekoladzie to kpina, a 20 PLN za pajdę chleba ze smalcem to już rozbój w biały dzień nie działa na mnie jakoś bardzo irytująco. Lubię krążyć bez celu między drewnianymi straganami, wdychać zapach starej, smażonej kiełbasy, który przenika się z aromatem korzennych przypraw oraz czekolady i patrzeć jak ludzi ogarnia zakupowy szał. Gdzieś w tle jakiś artysta zawodzi smętnie Bóg się rodzi, małe dziewczynki przebrane za aniołki zbierają datki na zieloną szkołę, a urocze żule też zbierają datki, ale na taką bardziej wyskokową imprezę. Jest swojsko i mimo natłoku ludzi - niezwykle przyjemnie. Po jakimś czasie siadam na ławce, w ręku dzierżę banana w czekoladzie i umorusana tą czekoladą po sam czubek głowy, czuję się szczęśliwa;)

Zwyczaj jarmarków świątecznych przywędrował do nas z Niemiec, gdzie kultywowany jest od XIV wieku. Najstarszym i najpiękniejszym w Europie jarmarkiem bożonarodzeniowym jest ten w niemieckim w Dreźnie, który baardzo chciałabym odwiedzić. Do tej pory udało mi się być na jarmarkach w Gdańsku, Krakowie, Brnie oraz Wiedniu. W każdym z tych miast jarmarki gromadziły masę ludzi spragnionych świątecznej atmosfery. Zużyte tacki po straganowym jedzeniu lądowały co chwilę w prowizorycznych koszach na śmieci, a grzane wino i gorąca czekolada smakowicie parowały z papierowych kubków. Były karuzele, lodowiska, występy sceniczne, a nawet żywy inwentarz. Wszędzie objadłam się parszywie tłustym streetfoodem i kupiłam niepotrzebne mi do niczego tuzin rzeczy:) Ale czy właśnie nie na tym polega magia jarmarków? :) 


A Wy lubicie  atmosferę jarmarków świątecznych? 

                                                                            KRAKÓW 







WIEDEŃ





GDAŃSK










Copyright © 2016 W 10 inspiracji dookoła świata , Blogger