sobota, marca 19, 2016

Rzym od kuchni


Kiedy myślę o kuchni włoskiej przed oczami od razu pojawia mi się obraz Sophie Loren, która w mocno wydekoltowanej sukni niezwykle zmysłowo i z pełną gracją wciąga nitkowany makaron. Potem jawią mi się wielkie talerze pełne surowych szynek, serów oraz karafki  wypełnione czerwonym winem. Wielbię kuchnię włoską całą sobą. Z perwersyjną wręcz lubością pochłaniam makarony w każdej postaci, szynki, sery i wina, jednocześnie modląc się żeby wszystko poszło mi w cycki. Z Rzymu wróciłam wprawdzie bez większego uszczerbku na wadze (dobrze, że byłam tam tylko 4 dni) ale muszę przyznać, że nie lada wyczynem było znalezienie  rzymskich specjałów, nieskalanych masową turystyką. Smutna to prawda ale Rzym jest na wskroś turystyczny. Tak bardzo przesiąknięty żądzą robienia pieniędzy i przekrętów na  przybywającej z całego świata masie ludzkiej, że gdyby nie pomoc moich włoskich kolegów, pewnie skończyłabym w jednej z miliona tourist menu restauracjach. 

Kuchnia Rzymu oparta jest na prostych składnikach i prostych przepisach. Wynika to z faktu, że Rzym zamieszkiwał głównie plebs i tenże plebs robił co mógł, żeby nie umrzeć z głodu, a zjeść pożywnie. Przyrządzano dania z podrobów, makarony na tysiące sposobów oraz bazowano na produktach sezonowych. Specjalnością kuchni Rzymu są właśnie owe podroby. Takie tam wiecie- małe rarytaski jak świńskie racice, krowie ogony, flaczki i jelita.  

Oczywiście nie muszę dodawać, że sam zapach podrobów sprawia, że jest mi słabo i odechciewa mi się jeść ale.....jestem też ciekawa świata i nowych smaków:) I tak w pewnej małej uroczej knajpce w dzielnicy Trastevere, gdzie na niesłychanie małej przestrzeni było niesłychanie dużo jedzących,  i gdzie zakochałam się w arcyprzystojnym właścicielu lokalu- zjadłam po raz pierwszy w życiu ogon wołowy w sosie pomidorowo-czekoladowym z orzeszkami i rodzynkami. Nie wiem czy to zasługa właściciela, czy kucharza, ale danie smakowo było nieziemskie. Nawet ten straszny obraz mordowanej na  żywca krowy gdzieś mi się ulotnił z wyobraźni. Polecam spróbować!
Kolejnym przysmakiem w Rzymie są karczochy. Właściwie przed każdą restauracją znajdziemy kosze pełne tego śmiesznego warzywa. Słowo karczoch -carciofo w języku włoskim jest obraźliwe, więc jak ktoś cię tak nazwie, nie należy mieć radochy, że poetycko nas opisuje, a zwyczajnie należy strzelić focha. Karczochy jada się na przystawkę lub jako całe danie. Najbardziej znane są karczochy po żydowsku, których warto spróbować właśnie w żydowskich restauracjach. Osobiście skusiłam się na smażone karczochy w wersji pierwszej- jako przystawkę, którą podano wraz z suppli- krokietami ryżowymi nadziewanymi serem mozarella. Dodatkowo spróbowałam również smażonych kwiatów cukinii, bo jak wiadomo warzyw nigdy dość:)

Smażone karczochy oraz suppli
 Ogon wołowy w sosie czekoladowo-pomidorowym
Smażone kwiaty cukinii 
Włoskie Tiramisu...o matko 

Czymże jednak byłaby podróż do Włoch bez makaronów? :) Włosi mają 350 rodzajów makaronów, nieprzerwanie kłócą się między sobą, z którego regionu jest najlepsza nie tylko pizza ale i makaron, a także potrafią wymyślić sos do pasty z niczego. Najpopularniejszym daniami z kluchami w roli głównej to Carbonara, All'amatriciana oraz Cacio e pepe. Wszystkie trzy cholernie tłuste i ciężkie, posypane obficie parmezanem lub serem pecorino ale tak bardzo niewyobrażalnie dobre...:) gęsty, spływający sos po każdej nitce makaronu mieszający się z ostrym serem to dla kubków smakowych koncert Rolling Stonesów! Po takim daniu ledwo można wstać od stołu...Ale trzeba przecież jeszcze wypić kawę i zjeść lody !

Matriciana  
Makarony Cacio e pepe i Matriciana 

Co do kawy to wiadomo, że Włosi zawsze kręcą bekę z turystów. A to, że chcemy usiąść przy stoliku zamiast pić jak człowiek przy barze, a to, że pijemy cappuccino po południu, że nie wiemy co to dobre espresso i nie kumamy, że latte to nie jakiś tam sturbucksowy trunek. Podobno najlepszą kawę serwuje słynna Tazza d'Oro koło Panteonu. Samo przebywanie w tym miejscu sprawia, że nie chce się z niego wychodzić tylko stać przy tym barze całe wieki.. Zapach kawy roznosi się po całej okolicy, słychać syk pracujących ekspresów, a panowie za barem uwijają się jak mrówki. Miny mają jakby chcieli każdemu wchodzącemu klientowi przywalić filiżanką w głowę. Kiedy zażartowałam z jednego, dlaczego ach dlaczego nie zrobił serduszka na mojej Latte, bezgłośnie wziął moją filiżankę, wylał kawę, zrobił mi nową, narysował serduszko i z uśmiechem, który rozmiękczyłby najbardziej zatwardziałą feministkę zapytał, czy teraz może być i czy wszystkie Polki są tak upierdliwe jak ja.  Ech te włoskie chłopaki:)
Tazza d'Oro
Na lody najlepiej udać się do zabytkowej i podobno najlepszej lodziarni w Rzymie- Giolitti. Chodzą tam wszyscy mieszkańcy Rzymu, toteż musiałam udać się i ja. Mnogość smaków powaliła mnie na kolana, ale nie mogłam zbyt długo tkwić z przyklejonym do wystawy językiem, gdyż za mną zrobiła się spora kolejka oczekujących. Żeby nie było, że jestem przepadlista i nienażarta spróbowałam tylko trzech smaków, ale że było mi mało, to lekko podjadałam koledze z kubeczka...Ale to jeszcze nie koniec....ponieważ najprawdziwsza i rasowa ze mnie lodziara to kolejną cudowną rzeczą , którą znalazłam przez absolutny przypadek  był Magnum Pleasure Store. O Panie! Czego tam nie było! Posypki, polewy, czekolady...Pamiętam jak kiedyś wylukałam taki sklep na jakimś instagramowym profilu i pomyślałam sobie, że to mój obowiązkowy punkt na kulinarnej bucket liście. Jakaż wielka była moja radość kiedy twarzą w twarz stanęłam z różowymi drzwiami tego sklepu! Jakbym przekraczała bramy niebios! Moje rozgorączkowane spojrzenie przelatywało między jedną ladą, a drugą, a z głębi mych trzewi wydobywało się co chwile OMG! OMG! Może wyjdę na totalną ignorantkę ale w obliczu spersonalizowanego loda Magnum, Hiszpańskie schody, w stronę których zmierzałam wydały mi się śmieszne i mało interesujące...

Lodziarnia Giolitti, Rzym 
Lodziarnia Giolitti, Rzym 
Lodziarnia Giolitti, Rzym 
Magnum Pleasure Store, Rzym
Magnum Pleasure Store, Rzym
Magnum Pleasure Store, Rzym
Po lodach przyszedł czas na pizzę! Muszę z ręką na sercu przyznać, że będąc w Rzymie jadłam pizzę tylko raz i jakoś nie powaliła mnie ona zbytnio na kolana. Szukałam zawzięcie knajpy bez krzyczącego kelnera przed wejściem ale i tak mam wrażenie, że moja pizza nie była tą, którą zjadłby autochton. Nie liczę  też małego kawałka nijakiej pizzy w Watykanie ale z racji faktu, że byłam zła, bo dałam się zrobić na 20 EUR (o czym w kolejnym poście) to ten kawałek wymazał mi się z kuchennych rzymskich rewolucji. Za to Tiramisu i Limoncello dopełniły mojego dzieła:)  Z Rzymu wyjechałam najedzona i szczęśliwa, pomimo wielu nie do końca miłych przygód.

Włoska pizza 

Limoncello 




Copyright © 2016 W 10 inspiracji dookoła świata , Blogger