niedziela, kwietnia 20, 2014

Kiedy podróż przestaje być inspirująca.....



Zapewne każdy z was podczas podróżowania przeżył przygody, o których chciałby jak najszybciej zapomnieć. Zjadł coś, co spowodowało, że żołądek po dziś dzień kurczy mu się ze strachu, bądź był świadkiem wydarzeń, które chciałby wymazać z pamięci raz na zawsze. Tak tak moi drodzy!, Podróże to nie tylko drinki z parasolką wypijane z rozkoszą w cieniu palmy, uśmiechnięci i przyjaźni ludzie, pyszne jedzenie i nieziemskie widoki. Czasem wydarzy się coś takiego, że przychodzi wam do głowy tylko jedno: I po co w ogóle ruszałam/łem się z domu?!?  Na szczęście takich dramatów rodem z Mody na sukces jest stosunkowo niewiele i człowiek z czasem wspomina je w formie anegdoty, ale w momencie kiedy się wydarzały, wcale a wcale nie było nam do śmiechu. 
Poniższe zestawienie to dotychczas moje najgorsze wspomnienia z podróży. 

Każdy może mieć swojego psychofana, mam i ja! - To zdecydowanie najgorsze wspomnienie ze wszystkich podróży i myślę, że jeszcze długo nie będzie schodziło z pierwszego miejsca mojej prywatnej listy przebojów. A było to tak. Kilka lat temu postanowiłam przejechać sobie samotnie Belgię z plecakiem. Kraj jakby mogło się wydawać- nudny i bezpieczny do zrzygania. Również tak myślałam. Do momentu, aż znalazłam się w brukselskim metrze. Siedzę sobie spokojnie w oczekiwaniu na pociąg, studiuję mapę, pogryzam frytkę i słyszę, że ktoś schodzi na stację. Jak to 99% ludzi mimochodem zerknęłam na osobę na schodach. Na nieszczęście, osobnik płci męskiej złapał ze mną w tym właśnie sekundowym momencie kontakt wzrokowy. Niby takie nic, prawda? Patrzymy, odwracamy wzrok i wracamy do swoich czynności. Ale nie. Pan o śniadej cerze i rozbieganym wzroku upatrzył sobie mnie jako obiekt to lampienia się w sposób absolutnie bezwstydny. W jego oczach było coś tak strasznie niepokojącego, że słowo daję ciarki przechodziły mi po plecach.. Instynktownie czułam, że jest zły i chce mi zrobić krzywdę, a do tego przewierca mnie wzrokiem na wylot. Pociąg, który nadjechał potraktowałam jako wybawienie. Niestety, jakże wielkie było moje rozczarowanie, kiedy ów psychofan wsiadł za mną do wagonu...i z przeciwległego końca kontynuował swoje obserwacje w jeszcze bardziej przerażający sposób niż na stacji. Strach dosłownie buchał z każdego pora mojej skóry. Przez głowę przelatywało mi tysiące myśli- Nikt nie wie gdzie jestem dokładnie, bo Bruksela przecież długa i szeroka, czy znam jakieś chwyty samoobrony, kogo ewentualnie poprosić o pomoc, dlaczego pojechałam sama i jednak babcia miała rację- zapewne mnie zgwałcą, zabiją, zagazują, wstrzykną HIV-a albo wywiozą do niemieckiego burdelu. Z tego paraliżującego strachu wyszły mi plamy na szyi i ciśnienie uderzyło do głowy. Najgorsze jednak było przede mną. Gdyż mój prześladowca zobaczył, że zwolniło się miejsce w moim rewirze, usiadł centralnie na przeciwko mnie i takim obleśnym wzrokiem NIEUSTAJĄCO mnie obserwował. Wydaje mi się, że wyczuł mój paniczny strach i chyba go to nieprawdopodobnie bawiło. Więc ja, trzęsąc się z tych emocji udawałam, że piszę sms-a, że wybieram numer do kogoś, chcąc pogadać i że wcale kurde go nie widzę! Ale jak to mówią, w obliczu strachu człowiek zaczyna jasno myśleć, zdecydowałam, że czas się ratować. Kiedy więc pociąg zatrzymał się na stacji,  pospiesznie wysiadłam i z szybkością błyskawicy wskoczyłam do drugiego wagonu, odjeżdżając dalej. Nie muszę Wam chyba mówić, że nogi się pode mną ugięły, jak zobaczyłam, że ON wylazł za mną z tego pociągu! Ale na szczęście ludzki tłum zasłonił mu scenkę, kiedy ja wskakiwałam do drugiego wagonu. Słowo daję, nigdy się tak nie bałam jak wtedy. Jak już dojechałam do celu, to marzyłam tylko o tym, żeby wracać czym prędzej na pociąg i opuścić Brukselę. Już nic mi się nie podobało.

Marokański Motherfucker- Trzeba wam wiedzieć, że posiadam niesamowitą zdolność do gubienia się na prostej drodze, i nawet z mapą nie potrafię znaleźć wyjścia z ulicznego chaosu. Dzięki temu ląduję zawsze w jakiś slumsach, spotykam "prawdziwych" lokalsów i odkrywam jakże prawdziwy koloryt odwiedzanego miejsca. Tak też było w przypadku Fezu, kiedy wraz z kolegą, zgubiliśmy się już w pierwszej sekundzie ulicznych labiryntów. No ale przecież był taki miły Pan, który wskazał nam drogę. Nawet nie obeszło nas to, że lazł za nami i mówił  Tędy! Tędy!. Ech, jacy ci Marokańczycy są mili!- myślę sobie.Takie bzdury piszą w przewodnikach, że niby naciągają, że wykorzystują, oszukują....nonsens! Dopiero, kiedy znaleźliśmy się na jakimś odległym od cywilizacji placu, na którym było słownie ZERO turystów, pełno badawczo obserwujących nas Marokańczyków, wspomniany Pan, oraz ja- jasnowłosa i  Piotrek, zrobiło się trochę nieswojo. Z sytuacji "nieswojo" zrobiło się "mocno strasznie" gdyż owy Pan  (już nie taki miły, jak się wydawało na początku), zażądał zapłaty za to, że nas tutaj przyprowadził. Pomimo, że mój kolega włada bardzo wnikliwą wiedzą i praktyką w zakresie wszelkich form walki - od karate po taekwondo aż po boks, miałam wrażenie, że już po nas (tak, trochę jestem panikarą). Piotrek wykazał się stoickim spokojem, grzecznie wytłumaczył Panu co o nim myśli ale właściwie to jeszcze bardziej zagęściło atmosferę. Pod gradem wrogich spojrzeń oraz pokrzykiwań i poszturchiwań naszego samozwańczego przewodnika, złapaliśmy taksówkę. Na odchodne ten przemiły Pan krzyczał za nami: Poczekam na Was pod Niebieską bramą wy Motherfuckers! Mam czas! Zobaczycie!. Na szczęście nie czekał.

London Taxi calling- Kolejne niezbyt przyjemne wspomnienie z podróży wiąże się ze średnio sprytnym kierowcą londyńskiej taksówki. Podczas wyspiarskiej eskapady, z racji kurczących się oszczędności postanowiłyśmy z moją przyjaciółką oszczędzić na tzw black cab i zamówić na lotnisko zwykłą, pospolitą taksówkę. Metro jeszcze nie jeździło o tej porze, a nam się spieszyło na wczesny lot do Edynburga. Wiedzione dziwnym przeczuciem wymeldowałyśmy się trochę wcześniej z hotelu i zamówiłyśmy taksówkę. Wpakowałyśmy się do auta i jedziemy...Jedziemy i jedziemy.... i jedziemy. Po 30 minutach wydaje nam się, że kierowca nie ogarnia topografii miasta, i jest bardziej zdezorientowany niż my. Ponieważ jesteśmy dziewczętami przezornymi, dzień wcześniej podjechałyśmy na dworzec, zobaczyć jak w ogóle wygląda budynek żebyśmy się w razie czego nie pogubiły. Jakże pomocna okazała się nam ta wiedza! Bo gdy kierowca zatrzymał się na jakimś totalnym zadupiu i z przemiłym pakistańskim akcentem zawrzeszczał THIS IS IT!! opadły nam szczęki- trochę z szoku, trochę ze strachu, że zaraz nasz autobus na lotnisko odjedzie, a co w konsekwencji- nasz wymarzony Edynburg szlag jasny trafi! Tak się zirytowałam, że z lekkim nerwem w głosie mówię mu,że to raczej nie THIS IS IT. Przerażenie na jego twarzy było nie mniejsze niż nasze. Kręciliśmy się po mieście, jak głupki, kierowca pytał się ludzi, gdzie jest dworzec (a, że była trzecia w nocy, to raczej ciężko o tej porze, o kogoś kompetentnego.. ) Nagle Elu dostała olśnienia i krzyknęła Magda to tam ! to ten budynek!. Również nasz Pan taksówkarz wykazał się niezdrowym podnieceniem, że w końcu znalazł dworzec i niczym James Bond zahamował w iście londyńskim stylu po drugiej stronie ulicy. Nasz autobus grzał już silnik. 

Barcelona- miasto drogich tapasów i znikających tramwajów- Gdyby wybrać najbardziej żenującą aktywność podczas pobytu w Barcelonie, zdecydowanie numerem jeden jest wizyta w  "kultowym" barze tapas. Nasze koleżanka, która przyjechała z jakimś przewodnikiem dla hipsterów wyczytała, że musimy tam iść bo jest super. Wszyscy tam chodzą....No pewnie. Wszyscy, którzy mają pieniądze. My ich nie mamy bo jesteśmy na low cost tripie... Ale kogo obchodzi nasz los? Już na samym początku ta knajpa mi śmierdzi. Nie ma menu, ludzie ubrani w drogie ciuchy, a kelnerzy wyczyniają sztuczki z zastawą stołową rodem z rosyjskiego cyrku. No ale jak się wkrótce okazało, cyrk dopiero się zaczynał. Kiedy pytam o menu, kelner na mnie prycha, przynosi zakąskę i nalewa wodę do kieliszków. Dalej nie wiemy, ile mamy zapłacić. Pytam więc drugi raz. Pan znowu prycha, ale coś mruczy pod nosem. Wydaje mi się,że usłyszałam, że to będzie ok 60 EUR od osoby... Nie, nie wydaje mi się. Wszyscy to słyszeli. Mówimy, że nie mamy tyle i czy nie możemy ustalić jakiejś sensownej kwoty. Kelner prycha po raz trzeci i z wyrazem mordu w oczach odpowiada NIE. No więc przepraszamy za kłopot i mówimy, że w takim razie dziękujemy i zapłacimy za to, co nam zaserwował. Obrażony przynosi rachunek. Już nie rzuca artystycznie talerzami. Raczej odnosimy wrażenie, że chciałby nam pociągnąć kopa z półobrotu. Ale może nam się tylko wydaje. Może to taki taneczny krok- wliczony w cenę obsługi. Płacimy za butelkę wody i 4 grzanki 20 EUR. Wychodzimy ni to zawstydzeni, ni to rozbawieni pod czujnym, nienawistnym wzrokiem obsługi baru. I dalej jesteśmy głodni. Potem chcę zobaczyć słynny niebieski tramwaj jadący na wzgórze Tibidabo. Chcę poczuć ducha powieści Zafona. Czekamy z Elu jak głupie w strugach deszczu. Jesteśmy dzielne. Deszcz zrobił powódź w moich butach. Po godzinie przychodzi pan z psem i mówi, że tramwaj dzisiaj nie jeździ bo zbyt mocno pada, zalało tory. Nienawidzę Barcelony.

Lasagne w Granadzie- Musicie wiedzieć, że ilekroć jedziemy z moją przyjaciółką w świat, zawsze trafi się nam jakiś gastronomiczny bubel. No nie było kraju, miasta, wsi, gdzie nie zaliczyłybyśmy jakiejś kulinarnej tragedii. Taki już nasz los. I tenże los tak samo postąpił z nami w Granadzie, kiedy w uroczej kafejce na placu zdecydowałyśmy się zjeść "coś dobrego". Dodam, że była to nasza pierwsza zagraniczna podróż, więc ani kasy za dużo, ani podróżniczego doświadczenia.Nic nic. Także nasz pierwszy kulinarny raz za granicą wspominamy jako horror. Zamówiłyśmy lasagne. Dostałyśmy jakieś rozmymłane białe rzygi, które smakiem i konsystencją podobne były do niczego, a do tego mączną, twardą bułę, która po dziś dzień wywołuje u mnie odruch wymiotny. A to wszystko w promocyjnej cenie, 30 EUR od osoby. Dobrze, że na drugi dzień, nasz hiszpański kolega zabrał nas na churros z kawą. Uratował honor Granady.

Turcja. Człowiek psu wilkiem. W Turcji byłam raz i na razie nie chcę tam jechać. Może kiedyś Stambuł ociepli wizerunek tego kraju, ale na chwile obecną jestem na nie. Bo Turcja to kraj, gdzie psy mają przerąbane ( przynajmniej tam, gdzie ja byłam). Pamiętam do dzisiaj, jak wraz z moim ówczesnym narzeczonym udaliśmy się na spacer na promenadę, aby potem popłynąć sobie statkiem wzdłuż wybrzeża. Pamiętam też malutkiego psa, którego jakiś kretyn przywiązał w nieludzkim 40-stopniowym upale do kamienia na brzegu, bez wody, bez jedzenia. Jestem wojującym animalsem. i chciałabym uratować wszystkie cierpiące żyjątka.  W każdym razie, jak zobaczyłam tego piszczącego psa na przystani to odeszła mi wszelka chęć eksplorowania tureckiego wybrzeża. Moim celem było uratowanie tego zwierzęcia. Oczywiście jakiś gość jeszcze tego psa kopnął, więc nie muszę chyba mówić jaka agresja się we mnie zrodziła. Gdyby nie mój narzeczony, mogłabym do dzisiaj siedzieć w tureckim więzieniu za pobicie:) Zaczęłam akcję ratunkową- nalałam mu wody, dałam kanapkę i jak zobaczyłam, że pies nie wie, na co się ma pierwsze rzucić - czy na wodę, czy na jedzenie, to się zwyczajnie poryczałam. Nie chciałam nigdzie płynąć. Oczywiście nikt nie zwracał uwagi na cierpienie tego zwierzaka,więc powiedziałam, że głęboko i serdecznie mam w dupie jakiś tam rejs, zostaję tutaj. Niejako siłą wsadzono mnie na statek, gdzie pozostali uczestnicy rejsu patrzyli na mnie jak na stukniętą wariatkę. Siedziałam zapłakana i nieszczęśliwa. Nic kompletnie mnie nie interesowało. Znajomi narzeczonego patrzyli na niego z miną Stary, coś ty za nawiedzoną babę se znalazł? Całą drogę się modliłam, żeby ktoś tego psa zabrał z przystani. Kiedy po dwóch godzinach wróciliśmy, psa już nie było. Mój narzeczony głaskał mnie po głowie, usiłując wytłumaczyć, że na pewno ktoś już go uratował. Ja wiem na stówę, że ktoś go utopił- pewnie ten sam dupek, co go kopnął. Dlatego też Turcja jak na razie nie stanowi kierunku, który chciałabym obrać w najbliższej, podróżniczej przyszłości.

Madryt Barajas- Już pisałam o tym lotnisku przy okazji madryckiego postu. Że kojarzy mi się z przygodą, oraz swetrem oblepionym ludzkim ekskrementem w łazience, do której oczywiście weszłam, bo przecież ze wszystkich 30 kabin akurat musiałam wybrać sobie właśnie tę. Madryckie lotnisko kojarzy mi się też mniej przyjemniej- z katastrofą linii Spanair, która miała miejsce dokładnie wtedy, kiedy nasz samolot podchodził do lądowania. Trochę nas zastanawiało, czemu tak długo schodzimy do tego lądowania (mnie milion razy bardziej, gdyż był to mój pierwszy lot samolotem). Za chwilę już wiedzieliśmy czemu. Natomiast kilka tysięcy kilometrów od Madrytu, w Polsce, kiedy w telewizji podano tę wiadomość, moja babcia ,która usłyszała, że rozbił się samolot w Madrycie prawie miała stan przedzawałowy. Również wtedy, z powodu opóźnionego lotu uciekł nam autobus do Granady, przepadły bilety. Moja ciężarna kuzynka pokonała bieg z walizkami przez stacje madryckiego metra, niemalże rodząc w tym biegu, jej mąż próbował jeszcze dogonić uciekający nam autobus, a my z Elu ratowałyśmy rozwalającą się z nadmiaru wrażeń torbę podróżną, która co chwilę gdzieś nam upadała (czynność tę wykonywałyśmy, jak nie trudno się domyślić -również w biegu). A na koniec utknęliśmy na długie godziny na dworcu autobusowym, oczekując na kolejny transport w stronę Andaluzji. Myślałam, że z żalu wbiję sobie widelec w oko. Nasza podróż trwała 24h. 

Salzburg nie taki znowu elegancki- Moja przygoda w salzburskiej katedrze, ściga się z madryckim "brązowym" swetrem o tytuł najbardziej obrzydliwej rzeczy, jaka spotkała mnie w podróży. Nie żebym była jakąś tam pańcią, ale średnio lubię obcować z anonimowymi ludzkimi substancjami organicznymi. A już tym bardziej nie sądziłam, że w takim mieście jak Salzburg może spotkać mnie coś równie ochydnego jak na madryckim Barajas. Wprawdzie nie było bliskich spotkań trzeciego stopnia z kupą, ale za to z glutem. Prawdziwym, dość rzadkim i intensywnie rozsmarowanym na drzwiach katedry. Przekonałam się o tym dobitnie, jak na tychże drzwiach spoczęła moja niczego nieświadoma dłoń. Dramatyzmu całej sytuacji dodawał fakt, że kiedy już odkryłam, co też mam na dłoni, jak na złość w torebce zabrakło chusteczki, żelu antybakteryjnego czy też pistoletu żeby odstrzelić sobie głowę z rozpaczy..No nic!  Rzucając więc przed świętym miejscem siarczysty polski przerywnik zdaniowy, udałam się w panice- przed rozprzestrzeniającymi się bakteriami na powierzchni mej skóry- na poszukiwania łazienki. Dobrze, że potem cały stres mogłam zagłuszyć ciasteczkami Mannera....


A Was co milusiego spotkało podczas podróży? :)
Copyright © 2016 W 10 inspiracji dookoła świata , Blogger