sobota, czerwca 29, 2013

London Calling!


No i stało się! W końcu spełniłam jedno z moich wielkich podróżniczych marzeń i odwiedziłam Londyn. Miasto Micka Jaggera, Beatlesów i bekonu na śniadanie. Długo nie mogłam się zebrać do wyjazdu, bo zawsze wypadały mi jakieś mniejsze i tańsze wypady. Żeby być turystą w Londynie trzeba poświęcić temu miastu nie tylko czas ale również spore fundusze. Oprócz tego, że  jest to największa metropolia w Europie, jest też najdroższym miastem w jakim byłam! Jednak ani kurczące się w zastraszającym tempie funty w portfelu, ani dzikie tłumy ludzi nie zmieniły mojego zdania- Londyn to zdecydowanie jedno z najbardziej fascynujących miast na świecie. Niesamowite było dla mnie to, że miejsca i ulice, które oglądałam w filmach w końcu mogłam zobaczyć na własne oczy. I było dokładnie tak jak sobie wyobrażałam...no, może z małymi wyjątkami. Bo ani Hugh Grant ani Daniel Craig nie wpadli na mnie przypadkiem w sklepie i nie zaprosili na wspólny spacer w stronę zachodzącego słońca. Ale wiadomo - życiu nie można mieć wszystkiego:)

London Calling Bejbe! 


Prawo dżungli czyli przejścia dla pieszych- W Londynie oficjalnie mieszka 8 mln ludzi, a różnorodność kultur, wyznań i ras tworzy tutaj niesamowity tygiel kulturowy. I właśnie w tym tyglu rozwinęło się ciekawe zjawisko społeczne na przejściu dla pieszych- nie wepchniesz się na chama- nie przejdziesz.  Tutaj nie obowiązują światła, przepisy ani świadomość, że auta czasem szybko jeżdżą- tutaj działa swoiste prawo dżungli- przechodzisz wtedy, kiedy uznasz za stosowne i kto sprytniejszy ten silniejszy. Nauczona polską kulturą na ulicy (czytaj: nawet jak masz zielone światło to i tak Cię mogą rozjechać), czekałam wraz z przyjaciółką aż zaświeci się zielone dla pieszych i byłyśmy chyba jedynymi osobami, które tak robiły:) Reszta szła między trąbiącymi samochodami, przebiegała beztrosko wśród autobusów, albo świadomie rzucała się pod koła, czekając aż kierowca zahamuje. I co najlepsze- za to nie dostaje się mandatów:)




Człowiek człowiekowi miłym, a Londyn, Londyn, Londyn- Jak długo żyję na tym świecie, jeszcze nie spotkałam się z tyloma przejawami uprzejmości jak w Londynie. Aż dziw bierze, że mieszkańcy stolicy Wielkiej Brytanii uważani są za jednych z najmniej sympatycznych obywateli Wysp!  Ciekawa jestem,jak jest w innych miastach brytyjskich, bo tutaj byłam wprost oczarowana, jak ludzie odnoszą się do innych. Zapytają czy wszystko w porządku, jak stoisz z nietęgą miną na skrzyżowaniu nie wiedząc gdzie iść. Upewnią się, czy mogą przy tobie zapalić papierosa, czy może mają sobie iść w inne miejsce, żeby ci nie przeszkadzać.  W sklepie, knajpie, muzeum zapytają czy wszystko gra, czy może w czymś pomóc. Jest to niesamowite, bo duże miasta zazwyczaj są anonimowe i bezosobowe, ale tutaj czujesz, że w razie czego, możesz liczyć na ten ludzki tłum.




Diabeł nie ubiera się u Prady tylko w Londynie- Londyn to stolica światowego handlu i istna zmora dla zakupoholiczek. Jest nawet takie powiedzenie, że jeśli nie znajdziesz w Londynie towaru którego szukasz, to najprawdopodobniej on nie istnieje. Bo w tym mieście można kupić naprawdę wszystko- ciuchy do znanych projektantów, ubrania wszystkich możliwych sieciówek, produkty vintage, awangardowe kolekcje, a także można pobuszować po niezliczonych pchlich targach i zaopatrywać się w luksusowych domach handlowych. Nie trudno się więc domyślić, że wróciłam do domu z nieco większym bagażem, niż wyjeżdżałam. Dzięki Bogu nie trafiłam na wyprzedaże, bo na pewno miałabym problem przy odprawie bagażowej.





Londyńska kuchnia- Londyn nieustająco konsumuje. Oczywiście trudno się dziwić, że w największym mieście w Europie istnieje tyle punktów gastronomicznych, bo gdzieś te miliony ludzi muszą uzupełniać zapas kalorii, ale kogokolwiek mijasz na ulicy, zawsze coś dyskretnie przeżuwa:). Jak chcesz iść na obiad, to właściwie nie wiesz co masz wybrać, bo ogrom ofert wszystkich kuchni świata przyprawia Cię o zawrót głowy. Nawet w zwykłych spożywczakach jest dział, gdzie możesz poczuć się jak w restauracji i skomponować pyszny posiłek. Na ulicy mijasz ludzi z torbami jedzenia, z plastikowymi pudełkami po jedzeniu, z gotowymi posiłkami w w dłoni. W parku jedzą, w metrze jedzą, w muzeum jedzą- człowiek przez to wiecznie ma poczucie, że  w sumie też by coś zjadł, skoro wszyscy jedzą.




Prawdziwe English Breakfast- Zjedzenie prawdziwego, angielskiego śniadania od zawsze było moim skrytym marzeniem kulinarnym. Jechałam do Londynu z mocnym postanowieniem, że koniecznie muszę wciągnąć takie śniadanie, w jakiejś małej, podłej knajpie w londyńskich szemranych zakamarkach. Jak postanowiłam, tak uczyniłam:) Tradycyjne angielskie śniadanie to ciężki kaliber dla układu pokarmowego. Panie, czego tam nie ma! Jajka, plastry bekonu, parówki wieprzowe, fasolka z puszki, tosty z masłem, grzyby, pomidory. Wszystko smażone na głębokim tłuszczu. Przepyszne, tłuste, kaloryczne i niezdrowe, czyli to, co lubię najbardziej:) Dwa angielskie śniadania pokrywają zapotrzebowanie energetyczne na cały dzień przeciętnego mężczyzny. W czasie pobytu w Anglii, wciągnęłam kilka takich śniadań, a potem się dziwiłam, czemu na zdjęciach wyglądam tak grubo..:)



Metro i taksówki czyli o tym, jak człowiek uczy się przez całe życie- Metro w Londynie to w godzinach szczytu istny koszmar. Codziennie metrem podróżuje tutaj 3 mln osób. Rzeki ludzkie wlewają się i wylewają na każdej stacji metra. Osobiście czekałam raz pięć pociągów pełnych ludzi, żeby w końcu wcisnąć się do szóstego i pokonać podróż z nosem przyklejonym do szyby i z oddechem ludzkiej ściśniętej masy na plecach. Metro w Londynie to najstarsze metro na świecie. Wozi ludzi od 1863 roku. Jest to dla mnie istny kunszt inżynierski, ale przejście z jednej stacji do drugiej potrafi wykończyć bardziej niż jogging w Hyde Parku (tak mi się wydaje, bo nie biegałam podczas urlopu). Jeśli chodzi o taksówki w Londynie są dwa rodzaje- black cabs i mini-cabs. Jeśli musicie przemieścić się taksówką to gorąco polecam tę droższą opcje czyli black cab.  Oczywiście zdecydowałam się na tę tańszą opcję i już po 5 min jazdy wiedziałam, że to nie  był najlepszy pomysł. Kierowca nie dość, że nie wiedział gdzie jedzie, to jeszcze nie umiał wpisać w nawigację Buckingham Palace. Wysiadał pytał ludzi o drogę, a mnie i przyjaciółce kurczył się straszliwie czas dotarcia na dworzec autobusowy. Jakoś w końcu dotarłyśmy, ale zanim wsiądziecie do taksówki, miejcie na uwadze, że kierowcy black cab uczą się trzy lata ulic Londynu, zanim wsiądą za kierownicę więc może zapłacicie więcej, ale unikniecie nierozgarniętego kierowcy i stanów przedzawałowych.




Camden Town- Najbardziej upiorna, mroczna i niepokojąca dzielnica Londynu. Kojarzy mi się z miejscem, gdzie człowiek może nie tylko zrobić sobie tatuaż, kupić gotyckie ciuchy i spróbować kuchni świata, ale także kupić sobie dziecko, organy i narkotyki. Wieczorem podobno nabiera jeszcze bardziej demonicznego charakteru, ale i tak jest fascynująca. Na Camden Lock Market można kupić niesamowite ciuchy, stare płyty, dodatki vintage i stare książki. Super miejsce dla fanów targowisk i osobliwych produktów.













Nothing Hill- Tak, ja też należę do fanek Hugh Grant'a, i też chciałabym być taką Julią Roberts:) Dzielnica Nothing Hill to zdecydowanie moje miejsce w Londynie. Rzędy małych urokliwych i kolorowych domków, second-handy, pchli targ Portobello Market i prześliczne wystroje knajp sprawiły, że zakochałam się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia. I nieważne, że ścisk był tam niemiłosierny i nigdzie nie można było się dopchać. Klimat miejsca zrekompensował wszystko. A podobno jest tutaj jeszcze lepiej, podczas festiwalu karaibskiego w sierpniu. Przebija nawet samego boskiego Granta i jego księgarnie :)










Nothing Hill, Londyn  

Madame Tussauds- Dla  niektórych strata czasu i pieniędzy, ale dla mnie druga po Nothing Hill mega atrakcja Londynu. Bo w końcu jak się jest takim kinomanem jak ja, nie sposób nie ekscytować się postaciami z wosku, które ogląda się w filmach:) Ponieważ są one zrobione w proporcji 1:1 można odkryć, że np taki Deep to mały człowiek, a Bruce Willis nawet zrobiony z  wosku ocieka testosteronem i seksem. Udało mi się też trafić na pokaz 4D o super bohaterach Marvela, którzy ratowali Buckingham Palace. Jako wielka entuzjastka marvelowskiej kuźni, prawie się popłakałam z radości!






Holmes i Watson na tropie- Któż nie czytał lub nie oglądał z wypiekami na twarzy Psa Baskerville'ów Arthura Conan Doyle'a? Fikcyjne postacie Sherlocka Holmesa i Watsona to wspomnienie mojego dzieciństwa. Pamiętam ich obrazkowe przygody w książce do nauki języka angielskiego i na kartkach pożółkłej książki z wiejskiej biblioteki. Wizyta w muzeum Sherlocka Holmesa przy Baker Street w Londynie była dla mnie wyprawą do przeszłości i pozwoliła na spełnienie kolejnego marzenia. I właśnie dlatego należy podróżować- bo dzięki temu nasze marzenia się urzeczywistniają!





















































Copyright © 2016 W 10 inspiracji dookoła świata , Blogger